Reklama w komunikacji miejskiej? Sprawdzamy naszą odporność

O to spieramy się od dawna. Naukowcy spierają się między sobą, producenci i przedsiębiorcy z naukowcami, klienci z reklamodawcami, odbiorcy reklam między sobą. Zdania i racje są podzielone. Niemniej badania naukowe świadczą o tym, że nie jesteśmy odporni. Nawet co, którzy twierdzą, że do reklam podchodzą w sposób zracjonalizowany, nie są wolni od tego by im ulegać. Obraz zaciemnia podstawowa cecha reklamy, jaka jest informacja. Chętnie bowiem przyjmujemy tę pierwszą warstwę reklamową, czyli reklamę. Dowiadujemy się bowiem o jakiejś innowacji na rynku, o nowym produkcie wprowadzanym do handlu. I gdyby na tym wszystko się kończyło spór byłby bezpodstawny. Ale za informacją idzie perswazja, przekonująca nas, ze jest to jedyny potrzebny nam produkt w tej dziedzinie i to niewyobrażalne jak dotychczas sobie bez niego radziliśmy. W tym momencie przekonanie reklamodawcy o tym, że zmusza nas do zakupów jest bardzo silne, podobnie jak silne jest przekonanie odbiorcy, które zaczyna się również w tym momencie, że samodzielnie podejmuje decyzję o zakupie. A jak to jest naprawdę?

Reklama w komunikacji miejskiej

W sklepie czy gdziekolwiek chętniej sięgamy po rzeczy, o których coś wiemy, znamy je np. z reklamy w komunikacji miejskiej. Mamy wewnętrzne przekonanie, że wiemy co kupujemy, jaka jest zawartość produktu i jaka jest jego jakość. Ale to złudzenie. Przekonania jakie mamy wynikają z obejrzenia reklamy, jeśli przekładamy je na chęć zakupu, to znaczy, że reklama oddziaływała. Sięgamy po towaru wyłożone na poziomie naszego wzroku, a tam handlowcy wykładają to, co jest reklamowane, ponieważ uważają, że ludzie właśnie tego szukają. I koło się zamyka.

Zostaw swój komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *